#31

Wydaje mi się, że już czytałem Nic albo nic Konwickiego. Goodreads twierdzi, że tak nie było. Obie wersje mogą być prawdziwe. Ja jako czytelnik mam skłonność do zapominania przeczytanych książek – wydarzeń, postaci, tytułów. Ten pisarz zaś swoich powieściach cały czas porusza się wśród podobnych motywów. Nieustannie konfrontuje rzeczywistość mu współczesną z powstańczymi doświadczeniami z okresu jego młodości. I jakoś przemawia do mnie zderzenie romantyka z cynikiem/nihilistą, jakie kreśli swym piórem.

Rzeźba Andrew Edwardsa stojąca w Liverpoolu upamiętnia mecz między niemieckimi i brytyjskimi żołnierzami w 1916 roku podczas „rozejmu bożonarodzeniowego” na ziemi niczyjej. Niemcy wygrali 3:2, po tym jak piłka przebiła się na wystającym drucie kolczastym.

Tak czy inaczej, pomyślałem, że to dobry wpis na dzisiejszy dzień, gdy nasze orły kończą mundial w Rosji na fazie grupowej meczem z Japonią. Bo u nas dramat narodowy pisze się przynajmniej co cztery lata.

Polec to zupełnie co innego niż zginąć, umrzeć, wyzionąć ducha, dokonać żywota, rozstać się ze światem, zdechnąć czy paść na polu. Czasownik polec jest ogromnie obszerny, zawiera w swojej lapidarności wiele znaczeń, wiele różnych skomplikowanych treści i nadzwyczajnej siły emocjonalnej. Tego dziwnego czasownika nie da się objaśnić nawet w sążnistym traktacie. Tylko ludziom mego pokolenia zaczyna coś w duszy grać, coś jak niebiańskie organy, gdy słyszą o poleganiu. Bo polegnięcie to specjalny uroczysty akt w ohydzie śmierci. Do polegnięcia przygotowuje się mężczyzn już od dziecka. Z piętnem polegnięcia rosną oni, dojrzewają, sublimują swoje jestestwo, aby w końcu polec, jednak nie później niż w wieku dojrzałym. Starym ludziom odebrane jest prawo do polegnięcia. Polegnięcie nie ma w sobie żadnej tragiczności, żadnych histerycznych smutków, ani rozpaczliwych żalów. Polegnięcie jest dostojne, wzniosłe i uświęcające. Matki poległych nie wyją, nie wyrywają sobie włosów. Matki poległych stoją nad grobem wyprostowane, dumne, triumfujące.

Polegnięcie wymyślili Polacy. To znaczy, może nie wymyślili, raczej przejęli incydentalny epizod początków ludzkości, odarli go z konkretu uwarunkowań doraźnych, oczyścili z funkcji służebnych, uwolnili z ziemskości i jako czystą, w pełni mistyczną ideę ponieśli przez pokolenia aż do naszych czasów.

Tadeusz Konwicki, Nic albo nic, Agora SA, [Warszawa] 2018.

Źródła zdjęć:

  1. Telegraph India
Reklamy

#30

Philip K. Dick. Fotografia Nicole Panter

Z chwilą rozpoczęcia powieści praca posuwała się szybko. Dick nadal pisał ze zdumiewającą prędkością. Powiedział do Anne: „Słowa wychodzą z moich rąk, nie z głowy, ja piszę rękami”. Dick robił czasem wstępne notatki, ale powieść przybierała swój właściwy kształt dopiero w trakcie pisania:

„Intuicyjna – można powiedzieć konfiguratywna – metoda, jaką stosuję, skłania mnie do »widzenia« rzeczy w całości. Niewątpliwie istnieje pewne historyczne potwierdzenie wartości tej zasady. Stosował ją na przykład Mozart, że wymienię jednego konkretnego artystę. Jego problem polegał na tym, żeby to po prostu zapisać. Jeżeli będzie żył wystarczając długo, to zapisze; jeżeli nie, to nie […] Pomysł jest zawarty w pierwszym szkicu i nie ulega zmianie – tylko wyłania się stopniowo, etapami. Gdybym uważał, że ten pierwszy szkic zawiera rzeczywiście cały pomysł, byłbym poetą, a nie powieściopisarzem. Ja uważam, że potrzebuję sześćdziesięciutysięcy słów, żeby przedstawić w pełni moją oryginalną myśl.”

Lawrence Sutin, Boże inwazje. Życie Philipa K. Dicka, przeł. Lecz Jęczmyk, Poznań 2005, s. 145.

Pomysł był najważniejszy nie tylko w twórczości Dicka, ale też – a może przede wszystkim – w złotych czasach science-fiction (Sutin w przedmowie twierdzi notabene, że tak było, jest i będzie). W przeciwieństwie do mainstreamu, gdzie bardziej od pomysłu liczyły się inne rzeczy, nie tylko realizacja, styl literacki, konstrukcja utworu czy bohatera albo topika, ale nawet cała sfera kontaktów okołoliterackich: agenci literackich, bankiety i inny tego typu chłam. Ale Dick oprócz pomysłu na książkę miał też technikę pisarska, którą cały czas doskonalił i oryginalny światopogląd na który złożyły się tyleż jego intelekt i wielorakie pasje, co lęki i obsesje. To wszystko sprawdziło się w science-fiction. Jego aspiracje sięgały jednak dalej.

Dr Futurity (1959). Ace Double

Stosunek Dicka do własnej twórczości był skomplikowany. Marzył o byciu twórcą z mainstreamu, a był autorem pośledniej literatury wydawanej w tandetnych, kiczowatych okładkach (głównie wydawnictwa Ace).Sam pisarz podjął tę kwestię dość dosadnie:

Chcę pisać o ludziach, których kocham i umieszczać ich w wymyślonym świecie, wysnutym z mojej wyobraźni, a nie w świecie, w którym rzeczywiście żyjemy, bo ten świat, w którym żyjemy, nie odpowiada moim wymaganiom. W porządku, wobec tego powinienem zrewidować swoje wymagania, wypadam z szyku, powinienem trzymać się rzeczywistości. A ja nigdy nie ulegałem rzeczywistości. To jest właśnie istota SF. Jeśli chcesz się trzymać rzeczywistości, czytaj Philipa Rotha, czytaj głównonurtowych popularnych pisarzy nowojorskiego establishmentu literackiego. […] Dlatego właśnie kocham SF. Kocham ją czytać i kocham ją pisać. Pisarz SF nie tylko dostrzega możliwości, on dostrzega zwariowane możliwości. To nie tylko „A gdyby tak?” To „O rany, a gdyby tak?” W szale i histerii. Marsjanie nadciągają.

tamże, s. 17.

W jego twórczości nieprzerwanie inspiruje mnie jego poszukiwanie sensu, jakiejś wewnętrznej prawdy, co czuje pod podszewką każdej książki napisanej ręką Dicka, po którą sięgam. I choć jego zachowania wielokrotnie wydają mi się dziwne i antypatyczne, to jednak nie umiem nie myśleć o nim ciepło. A mówimy o człowieku, który polując na szczura w ogródku utopi go w wannie, po czym pochowa w tymże ogródku z własnym medalikiem przedstawiającym Św. Krzysztofa.

Wobec nurtującej fantastów kwestii czy pisać bardziej science czy jednak bardziej fiction, Dick zdecydowanie opowiadał się po stronie fikcji. Na iluzoryczność rzeczywistości odpowiadał nieodmiennie podejrzliwością, kwestionowaniem jej zasad i ujęć systemowych (stosunek do szkoły, wojska, pracy). Z tej nieufności zrodziły się najważniejsze dzieła Dicka, o czym także opowiedział Lawrence Sutin.

Nie jestem powieściopisarzem, tylko beletryzującym filozofem; swoje zdolności pisarskie wykorzystuję jako narzędzie do wypowiadania mojego postrzegania świata. Istotą mojego pisania jest nie sztuka, ale prawda. Tak więc to, co piszę, jest prawdą i nie mogę zrobić nic, żeby ją złagodzić ani czynem, ani wyjaśnieniem. Wydaje się to jednak w jakiś sposób pomagać wrażliwym i zagubionym osobom pewnego typu, za które się wypowiadam. Sądzę, że wiem, co łączy osoby, którym moje pisarstwo pomaga: to ludzie, którzy nie mogą albo nie chcą stępić swojego poczucia irracjonalności i tajemniczości świata. Dla nich moja twórczość jest jednym długim dyskursem na temat tego niewytłumaczalnego świata, jest scalaniem i wykładem, analizą, odpowiedzią i osobistym wyzwaniem.

tamże, s. 19.

Źródła zdjęć:

  1. PKD in the OC
  2. wikipedia
  3. goodreads

#29

Pewien mężczyzna zostaje aresztowany po przekroczeniu granic Szwajcarii. Zostaje uznany za zaginionego obywatela tego kraju, rzeźbiarza Anatola Ludwiga Stillera, posługującego się fałszywym amerykańskim paszportem. Mężczyzna obstaje, że naprawdę nazywa się James Larkin White, zaś dokument w którego jest posiadaniu, jest jego własnością. Nie jestem Stillerem! – upiera się główny bohater powieści Maxa Frischa, dosłownie od pierwszych wypowiedzianych słów.
I jeśli patrzeć na tę pozycję jak na powieść filozoficzną, egzystencjalną (której patronuje Kierkegaard) to powyżej zarysowana została sytuacja egzystencjalna.

Dochodzi do sytuacji absurdalnej. Świat zewnętrzny, wobec którego określa się „ja” Stillera/White uważa go za kogoś diametralnie innego, niż on sam. By udowodnić, że nie jest wielbłądem (Stillerem), osadzony (White) zaczyna pisać dziennik, w którym coraz bardziej przeistacza się w podejrzewanego o tajemnicze zaginięcie rzeźbiarza, co koniec końców potwierdzi się w scenie, w której stanie naprzeciw własnego ojca.

W swej najważniejszej, obok Homo Faber, powieści Frisch podważa tożsamość, samopoznanie i światoobraz. Tworzy bohatera, który nie zgadza się na życie przeżyte, choć kluczowe fragmenty tego życia powracają, a on sam zachowuje się dość podobnie. Związki Stillera z Juliką i Sybillą nieprzypadkowo rozgrywają się paralelnie. Mimo swej niechęci, White zostaje skazany na bycie Stillerem, przyjęcie roli nadanej przez społeczeństwo, bycie sobą samym. Wbrew samemu sobie. Próba podjęcia odpowiedzialności za swoje życiowe wybory w dalekiej konsekwencji prowadzi jednak do tragedii.

Pierwsza część książki w moim przekonaniu, ma zdecydowanie eskapistyczny charakter. W tok relacji prowadzonej w pierwszej osobie wtrącone są historie stanowiące odautorski komentarz. Strażnik usłyszy historię kolejnych wyimaginowanych morderstw dokonanych przez White, opowiedzianych ze swadą godną westernu. Julika pozna opowieść o Izydorze, który zamienia mieszczańskie życie z żoną i dziećmi na Legię Cudzoziemską. Dla adwokata Bohnenblusta przeznaczona jest historia Ripa van Winkle, człowieka, który sam w sobie nie istniał, ponieważ zawsze chciał być taki, jakim widzieli go inni..

W drugiej części Stiller opowiada o sobie już w trzeciej osobie, a historia w dużej mierze przybiera obyczajowy ton. To w dużej mierze opowieść o romansie z Sybillą, która jest żoną prokuratora oskarżającego White o bycie Stillerem, Rolfa. Dla mnie to najciekawsze fragmenty książki, ponieważ Frisch wydaje mi się osiągać najwyższe rejestry prawdy artystycznej, kiedy opisuje relacje między kobietą i mężczyzną.

Zakończenie książki to relacja drugiego narratora – Rolfa. W tej części przestaje on już być reprezentantem swojego zawodu, urzędnikiem obdarzonym zaufaniem publicznym ze strony społeczeństwa, a staje się przyjacielem czy znajomym Stillera. Z jego ust słyszymy smutny epilog całej historii, poprzedzony ważną, choć przeintelektualizowaną i sztuczną polemiką między przyjaciółmi.

Począwszy od tej powieści, szwajcarski powieściopisarz i dramaturg będzie sukcesywnie zacierał granicę między diarystyką i fikcją literacką, zamykając kryteria prawdy i faktu w nawias. Można Stillera stawiać obok innych pozycji rozgrywających się w podobnych rejestrach, gdzieś obok Procesu Kafki i Obcego Camusa. Stiller w moim odczuciu rozwija się w nieco innym kierunku. W swych rozważaniach Frisch stawiając ustami Stillera pytania o istotę człowieczeństwa, porusza się na przecięciu filozofii i psychologii, w miejscu, gdzie dziś znajduje się kognitywistyka (która jako samodzielna dziedzina nauki powstała po opublikowaniu Stillera).

Obserwujemy pokrętny umysł Stillera, dysonans poznawczy będący wynikiem zamknięcia i próby wyparcia niewygodnej prawdy. Poznajemy obraz świata, jaki nosi jako White, i obraz Stillera, jaki noszą w sobie otaczający go ludzie. Rekonstruujemy prawdę wraz z nim, lecz do końca nie możemy mieć pewności czy prawda Stillera jest tożsama z prawdą jego świata. To niepokojące, nawet jeśli są to tylko literackie przestrzenie twórczości Frischa.

Źródła zdjęć:

  1. https://www.goodreads.com
  2. https://www.antykwariat.waw.pl

 

#28

Jedna z najważniejszych metropolii starego kontynentu, wymieniana jednym tchem obok Paryża i Londynu. Niegdyś, w czasach Republiki Weimarskiej, chyba najbardziej wyzwolone miasto na świecie. 13 sierpnia 1961 ta sama przestrzeń miejska została okaleczona, podzielona murem, który dziś wciąż pozostaje jednym z najbardziej jaskrawych symboli zniewolenia.

Plac Poczdamski przecięty Murem Berlińskim. Zdjęcie z roku 1973. Autor zdjęcia: Willi Pragher

Fascynacji Berlinem ulegli niemieckojęzyczni pisarze tej miary, co Walter Benjamin, Robert Walser czy Max Frisch. I właśnie zapiski tego ostatniego, opatrzone tytułem Z dziennika berlińskiego wspaniale uprzyjemniły mi miniony weekend.

Nie oszukujmy się. Ta książka ma jedną zasadniczą wadę. Jest krótka, boleśnie wręcz króciutka. Dlatego też warto czytać ją niespiesznie, tak aby subtelna fraza Frischa sączyła się w sposób nieograniczony działaniem czasu przeznaczonego na lekturę. To o czym próbuję tu napisać, celnie ujął Sławomir Iwasiów na łamach Artpapieru, gdzie napisał: Poszczególne fragmenty dziennika są [..] notowane przejrzystym, prawie publicystycznym językiem, rzadko inkrustowanym ozdobną frazą prozatorską.

Z dziennika berlińskiego przyjmuje formę diariusza i w jakiś sposób ją realizuje, jednak czyni to z pewną nonszalancją, na modłę postmodernistycznego patchworku. Szwajcarski pisarz do maksimum wykorzystuje pojemność tej formy, w niektórych fragmentach radykalnie ją podważając. Krańcowym przykładem jest scena w której Frisch transponuje sytuację podzielonego murem Berlina do Zurychu (s. 111-115).  Jego dzienniki nigdy nie są po prostu spontaniczne, albo subiektywne, zawsze podlegają woli kształtowania, surowo kontrolującej styl i kompozycję –  wskazuje w posłowiu Thomas Strässle. To laboratorium treści i form Frisch przekuje w niedalekiej przyszłości w Montauk.

Tutaj jednak, jako diarysta, Frisch wykorzystuje przynależną mu pozycję. Jest przybyszem z zewnątrz, (bacznym) obserwatorem, gościem w smutnej, berlińskiej rzeczywistości. Interesuje go przede wszystkim sytuacja w DDR (choć sam mieszkał po zachodniej stronie muru). Liczne fragmenty opisują ponadto ówczesne życie literackie. Najwięcej uwagi poświęca chyba Uwe Johnsonowi, z którym utrzymywał szczególnie bliskie relacje. Wiele jest w tej książce sylwetek i rysów charakterologicznych, nakreślonych lżejszą lub grubszą kreską. W tym konkteście naistotniejszy (dla mnie) jest zapis z dnia 14.02.74 poświęcony Günterowi Grassowi: szokująco osobisty, choć udokumentowany faktograficznie, wpis Frischa, w którego słowach Grass opisany jest w sposób nie mniej szokujący.

Czasem powalające potrafi być jedno zdanie. Umieszczone przez pisarza w tekście bez wyraźnego kontekstu. Samotna chorągiew na wietrze.

Wartownik przypisany do latarni, która już nie działa; odnotowuje przepływające okręty, ponieważ nie wie, co innego miałby do roboty.

Max Frisch, Z dziennika berlińskiego, opracował i podał do druku Thomas Strässle przy współpracy Margit Unser, przełożyła Małgorzata Łukasiewicz, Wołowiec 2017.

Źródła zdjęć:

  1. https://commons.wikimedia.org
  2. https://czarne.com.pl

#27

Po przeczytaniu trudnej książki dobrze zrobić sobie odtrutkę i łyknąć coś lżejszego. Po Fuentesie sięgnąłem po Szczerka (Tatuaż z tryzubem). To był dobry strzał. Gawędziarski styl, jakim reporter-włóczykij kreśli swoją opowieść po rubieżach Ukrainy, przypominał mi trochę luźną pogaduchę z kumplami z piwem przy osiedlowym trzepaku. Tak, to właśnie ten luz przypomniał mi te czasy, w których trzepak i pobliskie boisko były środkiem świata – czasy, za którymi chwilami tęsknię. W całej tej opowieści brakowało mi natomiast bardzo pola do interpretacji, aczkolwiek jest to chyba bardziej kwestia samego gatunku.

Fragment, który cytuję wydał mi się perełką, swoistą wisienką na torcie. Nie tylko dlatego, że sam temat był dla mnie zwyczajnie ciekawy (o wiele ciekawszy niż Masa i władza Canettiego, której autor z pasją godną lepszej idei charakteryzował poszczególne nacje). Także, a może przede wszystkim przez to, jak bardzo jest osadzony we współczesnej popkulturze. Mamy odniesienia do literatury i filmu wyrażone in expressis verbis. Pojawia się też odsyłacz do serii casualowych gier przeglądarkowych Swords and Sandals, zaś mój umysł, już wcześniej za przyczyną Szczerka rezonujący melancholiną struną, przywołał w tle nuty z drugiej płyty RATM.

Kozacy zresztą to była jedna z niewielu rzeczy, jaką o Ukrainie mieli szansę widzieć ludzie z Zachodu. Kozacy jakoś tam przedostali się do zachodniej świadomości. Przez jakiś czas żywot Kozaka wiódł, na przykład, Conan Cymerianin z Książek Roberta Ervina Howarda. Choć oczywiście nie mógł być Kozakiem ukraińskim, bo żył w wymyślonej przez Howarda erze hyboryjskiej, ale rzeka, nad którą mieszkali w świecie Conana Kozacy, nazywa się Zaporoska. W 1962 roku powstał film na podstawie Tarasa Bulby Gogola. Tarasa Bulbę gra tam Yul Brynner, który bardziej tam przypomina mobngolskiego chana niż kozackiego wodza, ale kiedy wiedzie kozackie wojsko do boju, dzielnie krzyczy „Zaporozhtsy!” z bardzo uroczym akcentem. Kozacy są tam armią gigantów, niepowstrzymaną i niepokonaną, a sam Taras Bulba jedną ręką obala Polaka wraz z koniem. Nawet stepy przedstawione są z wiekszą pompą niż te rzeczywiste, grają je bowiem argentyńskie pampasy, a w tle zębią się Andy. Tak, Kozacy Yula Brynnera są niepokonani, a jedyny sposób, w jaki Polacy, ich arcywrogowie, mogą im zaszkodzić, to podły podstęp: wykorzystać jako sojuszników, a potem ostrzelać z dział.

Taras Bulba (1962)
Yul Brynner jako Taras Bulba robi zamach na Polaka

Ciekawie zresztą są pokazani sami Polacy. To chyba jedyny zachodzni film w którym Polska robi za wyrafinowany evil empire, coś na kształt starożytnego Rzymu w filmach miecza i sandałów czy hitlerowskiej Rzeszy w filmach wojennych. Regułą jest, że ci źli z takiego imperium wyglądają jak obsesyjni koneserzy sztuki i subtelni intelektualiści, gotowi jednak w każdej chwili zarżnąć cię nożem i upitrasić twoje bebechy z borowikami. Ci hitlerowcy z zimnem w oczach, w cudownie skrojonych mundurach od Hugo Bossa, zdejmujący rękawiczkę palec po palcu, ci Rzymianie z pogardą na wargach, w szkarłatnych togach i klatkach piersiowych obitych brązowymi, misternie rzeźbionymi pancerzami. Wszystkich ich najczęściej grają zresztą Brytyjczy, przez światową aklamację uznani za najbardziej wyrafinowany naród planety. No więc takim seksownym evil empire jest w tym Tarasie Bulbie z 1962 roku Polska. Polscy oficerowie i księża są demoniczni jak sam szatan, podstępni jak węże, a polska husiaria przypomina szturmowców z Gwiezdnych wojen, rzymskich legionistów czy niemieckie zagony w Stalhmelach. Gotowe źródło niezdrowej podjarki dla miłośników Polski zbrojnej i tych, którzy mają erekcję na widok atakującej husarii.

Ziemowit Szczerek, Tatuaż z Tryzubem, Wołowiec 2015.

Źródło zdjęć:

  1. http://www.doctormacro.com