#55

Śniło mi się wczoraj, że jakoś tak pokłóciłem się z żoną w samochodzie, że wyszedłem zrobić zakupy bez maseczki i bez rękawiczek w Biedronce, w biały dzień.
Obudziłem się skonfundowany, choć wiem, że to tylko esencja z czasu i przestrzeni.

Każde pokolenie ma własne koszmary. 18 lat temu świat z pewnością był większy niż dziś, ale czy terroryzm czy wyciek ropy u wybrzeży Hiszpanii napawały optymizmem? Wątpię, ‚kiedyś było lepiej’, to fikcja. Piszę to, choć pamiętam jednocześnie bardzo dobrze, że gdy byłem dzieckiem, inne czasy zawsze wydawały mi się bardziej atrakcyjne, niż ‚tu i teraz’. Dziś są raczej abstrakcyjne.

Novel Coronavirus SARS-CoV-2
Covid-19 na powierzchni komórki pod transmisyjnym mikroskopem elektronowym

Będąc dzieckiem miałem przeciętną dziecięcą wyobraźnię – barwną i bogatą. Była o wiele większa, niż jest obecnie, co niestety naturalne. Wczoraj uświadomiłem sobie, że pierwsza wersja openvpn została opublikowana w tym samym roku, gdy runęły wieże World Trade Center. Natomiast pierwsze rozpoznanie starszego brata COVID-19 czyli SARS-CoV to listopad 2003. Są to oczywiście przypadkowe koincydencje i same w sobie pewnie niewiele znaczą, jednak ten splot wydarzeń gdy go sobie przypomniałem, dużo mi uświadomił. Gdyby ówczesny koronawirus rozprzestrzeniał się z intensywnością obecnego to byłoby wówczas naprawdę słabo: bez UE, bez pracy zdalnej, bez streamingu, unplugged.

Galeria pełna wirusów jest tu.

#54

Moje najwcześniejsze wspomnienie nurza się w czerwieni. Na rękach jednej z dziewcząt przekraczam próg, podłoga przede mną jest czerwona, po lewej stronie ciągną się w dół schody, również czerwone. Naprzeciw nas, na tej samej wysokości otwierają się drzwi i wychodzi stamtąd uśmiechnięty mężczyzna, zbliża się ku mnie z uprzejmym wyrazem twarzy. Podchodzi całkiem blisko, zatrzymuje się i mówi: – Pokaż język! – Wyciągam język, tamten sięga do kieszeni, wyjmuje scyzoryk, otwiera go, zbliża ostrze tuż do mego języka i mówi: – Teraz mu go utniemy. – Nie mam odwagi schować języka, mężczyzna zbliża się coraz bardziej, zaraz dotknie go ostrzem. W ostatniej chwili cofa nóż, mówi: – Jeszcze nie dziś, jutro. – Składa scyzoryk i chowa do kieszeni.

Elias Canetti, Ocalony język, przeł. Maria Przybyłowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1986, s. 7

Nie jest to wprawdzie moje wspomnienie, ani mój sen, ale – w jakiś przedziwny dla mnie sposób – utożsamiam się z nim. Widmo utraty języka jest mi znane, choć jako dziecko utożsamiałem je raczej z czymś bezbrzeżnie pozytywnym. Bałem się tego, rzecz jesna, lecz zarazem niemal pożądałem. Dla takiego obywatela świata jakim był Canetti z pewnością mogło to mieć wyłącznie negatywne konotacje.

Każdego ranka wychodzimy przez drzwi do czerwonej sieni, drzwi otwierają się i ukazuje się uśmiechnięty mężczyzna. Wiem, co powie, i czekam na rozkaz pokazania języka. Wiem, że mi go obetnie, i boję się coraz bardziej. Tak zaczyna się dzień, a dzieje się to wiele razy.

tamże.

#53

Trudny czas, jak wiecie. Choć jestem utajonym anarchem (takim co to od lat odmawia współudziału w wyborczej farsie, lecz niespecjalnie się z tym obnosi) jestem dziś dumny z naszego państwa. Myślę, że po części jest to zasługa rządu, po części społeczeństwa i naszej mentalności. Gdy opadły maski rozziew pomiędzy liberalnymi państwami Europy Zachodniej i postsowiecką częścią Unii Europejskiej jest widoczny bardziej niż kiedykolwiek. Choć dążyliśmy do takiego samego modelu współczesności, opartego na mamonie i epikureizmie, potrafiliśmy się ogarnąć i jakoś szybko zorganizować. I to jest piękne w całym tym szaleństwie.

Teraz powinniśmy się wspierać. Dzwonić do siebie, podtrzymywać na duchu, pomagać sobie nawzajem i dzielić dobrem. Bez podziałów i obłąkańczo-karykaturalnych gestów, jak to miewamy w zwyczaju.

Moje dobro, którym dzisiaj chciałbym się z wami podzielić pochodzi z Zambii. Jedyny album grupy Amanaz nagrany został w 1975. Reprezentuje zamrock, czyli nurt będący fuzją tradycyjnej muzyki afrykańskiej z ówczesną psychodelią i funkiem. W słowach brzmi to dziwacznie, jednak w uszach jest przesmaczne. Więc może poświęcicie 3:40 swojego czasu i może komuś pokoloruje ona dzień.

Więcej o albumie: Pitchfork
Więcej o gatunku: Guardian

#52

Pierwsza książka, jaką napisał Pamuk, została opublikowana w 1982. Autor, który pisał ją bodajże przez 4 lata, miał wówczas 30 lat, zaledwie 30. Najwyraźniej niektórzy pisarze już juwenilia piszą z wysokiego C. Cevdet Bej i synowie to naprawdę dobra proza. Nie jest łatwa, wymaga sporej cierpliwości, którą potrafi wynagrodzić.

Krytyka kojarzy tę powieść z Buddenbrokami Tomasza Manna. Pierwsza powieść tureckiego prozaika nie ukrywa tych odniesień. Cała rzecz (podobnie jak w pierwowzorze) rozbija się o przemiany społeczne, które obserwujemy z perspektywy kupieckiej rodziny. Młody artysta, przyszły laureat nagrody Nobla, nie jest epigonem – naśladowcą owszem, lecz twórczym.
Jego opowieść rozgrywa się to na przestrzeni blisko siedemdziesięciu lat, od 1905 poczynając do lat 70 XX wieku kończąc. Pierwsza część dzieje się tuż przed rewolucją młodoturków (1908), druga około 1938 – w przededniu wojny i w roku śmierci Ataturka, twórcy nowoczesnej Turcji.

Cevdet Bej, nestor rodu, uosabia tradycyjne wartości. Jego światopogląd określają praca i rodzina, małżonkę poznaje i zdobywa w sposób, który dziś jest anachroniczny, niemniej jego małżeństwo wydaje się być szczęśliwe. Losy dzieci (i wnuka), pełne niespełnionych marzeń, płonnych ambicji i licznych wątpliwości stanowią lwią treść książki. Kreśląc ich dzieje pisarz opowiada zarazem o erozji dawnego porządku społecznego, rozluźnieniu obyczajów czy tureckiej fascynacji krajami zachodniej Europy. Podejmuje nawet tematykę związaną z dekadencją czy nihilizmem, w czym wydają się pobrzmiewać Ojcowie i dzieci Turgieniewa.

Źródło: lubimyczytać.pl

Nie jest przypadkiem, że powieść napisana jest pięknym językiem, charakterystycznym dla klasycznej powieści realistycznej z końca XIX wieku. Jej konstrukcja jest współczesna, nowoczesna. Składają się na nią zasadniczo trzy historie, między którymi nie ma ścisłego, bezpośredniego związku przyczynowo-skutkowego, ani czasowego. Pamuk kreuje powieściowy świat drobiazgowo, pełen szczegółów i życia, niemal cielesny, gdzieś w tle pozostawia jednak pustą przestrzeń. Słowa i myśli jego protagonistów nie wybrzmiewają do końca. Uczucia ulatują gdzieś i rozpływają się niewypowiedziane. Czytelnik puszcza wodzę fantazji i.. gdyby tylko Pamuk poświęciłby więcej uwagi postaciom kobiecym, które są kompletnie bezbarwne i pozbawione głębi, byłaby to literatura znakomita.

Rating: 4 out of 5.

#51

W weekend, chyba w sobotę, rozpoczęliśmy sezon wycieczkowy. Las przywitał nas odgłosami nieodległej ścinki drzew i smutnymi ochłapami topniejącego śniegu, poza tym zmieniają się jedynie odcienie zieleni i brązów. Jest już początek lutego, a my widzieliśmy śnieg po raz pierwszy tej zimy. Susza za pasem.

Warunki były przyjemne, 8 stopni bez deszczu. Znaleźliśmy sporo grzybów, małych, nadrzewnych i gromadnych, przypominających sosnówki. Nie potrafiliśmy ich zidentyfikować. Poza tym kilka zimówek czyli płomiennic zimowych, dalekich krewnych enoki, których smak jest znany miłośnikom azjatyckich smakołyków. Zimówki też są jadalne, lecz było ich zbyt mało by je zbierać. Wystarczyło na uśmiech, może to i lepiej, zawsze można grubo się pomylić.

Płomiennica zimowa (i jej trujący kuzyn)

Wędrowcy z nas wsobni. Wydeptujemy własne kroki, snując się wciąż po tych samych ścieżkach. Rozpoznajemy znajome chaszcze i przecinki. Oswoiła nas ta przestrzeń, więc robiąc to, czujemy szczęście, a mieliśmy tylko dwa miesiące przerwy. Powinniśmy brać przykład z drwali.